Lekcja dla Bayernu: Tak Wisła wyeliminowała Real Saragossa

Lekcja dla Bayernu: Tak Wisła wyeliminowała Real Saragossa

Ekstraklasa.

Dziś wieczorem piłkarze Bayernu Monachium staną przed arcytrudnym zadaniem. Muszą zrewanżować się Barcelonie za porażkę 0:3 w pierwszym meczu. W roku 2000 Wisła Kraków w pierwszym meczu przegrała z Realem Saragossa 1:4, a jednak w rewanżu odrobiła straty i jako pierwszy polski klub wyeliminowała Hiszpanów.

12 maja 2015, 17:15..

| Aktualizacja 12 maja 2015, 21:20.

Wisła Kraków - Real Saragossa
Wisła Kraków – Real Saragossa (Foto: Tomek Markowski / newspix.pl)

Jak do tego doszło? Oto fragment książki “Wisła Kraków. Sen o potędze”, która od 6. Maja jest w sprzedaży w dobrych księgarniach.

Za kadencji Oresta Lenczyka Biała Gwiazda rozegrała jeden z najbardziej szalonych meczów w historii klubu. W sezonie 1999/2000 Real Saragossa zajął w lidze czwarte miejsce i powinien się bić w kwalifikacjach do Ligi Mistrzów. W Aragonii mieli jednak pecha, bo Real Madryt, który właśnie triumfował w Lidze Mistrzów, w tabeli La Liga był dopiero piąty. Władze ligi zrobiły wszystko, by Królewscy nie musieli się męczyć w Pucharze UEFA – pogrzebali w regulaminie i okazało się, że w kwalifikacjach do Ligi Mistrzów dla klubu z Saragossy nie ma już miejsca. Spadli do Pucharu UEFA, dzięki czemu przyjechali do Krakowa.

≫> Niemcy wbijają “szpilę” Lewandowskiemu.

Wyeliminowanie zespołu z Saragossy zostało zapamiętane przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, po raz pierwszy w historii Polacy awansowali kosztem Hiszpanów, a po drugie, dokonali tego w niezapomnianym stylu. Podczas tego niezwykłego, leniwie toczącego się w upalne czwartkowe popołudnie meczu krakowianie byli już na kolanach, mieli raptem 45 minut, by odrobić stratę czterech bramek, a jednak – wbrew regułom, wbrew logice, wbrew nawet własnym oczekiwaniom – dopadli rywala, chwycili za gardło i już nie puścili.

Nim jednak wiślacy zmierzyli się z Saragossą, musieli pokonać Željezničar Sarajewo. Mecz odbywał się na stadionie, który w 1984 roku był areną otwarcia zimowych igrzysk olimpijskich. Bośniacka stolica dopiero wracała do życia po kilkuletnim oblężeniu – tuż obok stadionu stał ostrzelany szpital, a boisko treningowe zostało przemienione w cmentarz polowy. Pomiędzy bramkami znajdowało się kilkaset prowizorycznych nagrobków. Widok ten robił piorunujące wrażenie. W Sarajewie padł bezbramkowy remis, w rewanżu trzy gole strzelił Frankowski i wiślacy mogli spokojnie czekać na Hiszpanów. W stolicy Bośni pecha mieli dwaj młodzi piłkarze. Spóźnili się na zbiórkę, a u Oresta nie ma przebacz. Musieli gonić autokar – najpierw pieszo, dopóki nie złapali taksówki.

W pierwszym meczu w Saragossie krakowianie zostali zmieceni z powierzchni ziemi. Zaczęli wyśmienicie, bo od fantastycznego strzału Radosława Kałużnego (piłka wylądowała w samym okienku), ale potem strzelali już tylko gospodarze. Ta drużyna nie umiała bronić w starciu z tak klasowym przeciwnikiem.

Explore more:  washington football schedule

W 68. Minucie zdenerwowany Orest Lenczyk podszedł do linii bocznej.

– Kosa, wracaj! Kosa, wracaj! – Krzyczał do Kamila Kosowskiego, który akurat był po ostrej szarży i stał, próbując złapać oddech.

W końcu z ławki rezerwowych poderwał się także drugi trener Waldemar Fornalik:.

– Kosa, wracaj! – Krzyczał, ale nie miał szans przebić się przez tumult.

Lenczyk złapał go wpół:.

– Daj spokój, Waldek, on już nic nie słyszy.

Niemal w tym samym momencie piłka poszła na prawe skrzydło gospodarzy – tam osamotniony Baszczyński nie mógł zrobić już nic. Precyzyjną wrzutkę na bramkę zamienił Yordi. Wynik 4:1 w pełni oddawał boiskową dominację gospodarzy. Plan na rewanż nie mógł być specjalnie skomplikowany. Lenczyk wbijał piłkarzom do głów:.

– Panowie, najważniejsze to nie stracić na początku bramki. Jeśli do.

Tego dojdzie, kibicom pozostanie tylko podziwiać rywali.

Gdy w piątej minucie Marcin Baszczyński wpakował piłkę do własnej siatki, trener mógł tylko schować się do swojego boksu. W tej samej chwili na trybuny wszedł właściciel hiszpańskiego klubu Alfonso.

Soláns. Klepnął w ramię prezesa Bogdana Basałaja, rzucił: „Sorry” – nie wiadomo, czy za spóźnienie, czy za tę bramkę, która właśnie padła – i zajął swoje miejsce w loży.

Spóźnił się, bo środowy wieczór wymknął mu się spod kontroli. Basałaj zaprosił Hiszpana na oficjalną kolację, która polskim zwyczajem zamieniła się w lekką popijawę. Alfonso Soláns, właściciel wielkiej fabryki dywanów, zakochał się w drinkach Wściekły Pies i była to miłość od pierwszego wejrzenia. Jak na miłość wakacyjną przystało – była słodko-gorzka, szybka i intensywna, ale bez widoków na przyszłość. Do 1.00 w nocy Hiszpan opróżnił kilkanaście kieliszków. Była to dla niego wystarczająca dawka, by zaspać na poranną wycieczkę do Wieliczki i spóźnić się na pierwsze minuty meczu. Prawdziwy kac, kac gigant, dopadł go dopiero po południu, gdy rozpoczęła się druga połowa, a wiślacy zaczęli zdobywać bramkę za bramką. Alfonso Soláns mógł jedynie mieć nadzieję, że jeszcze nie wytrzeźwiał, a to, co widzi, to tylko alkoholowe zwidy.

Do przerwy Real prowadził 1:0, w dwumeczu było więc 5:1 dla Hiszpanów, którzy wychodząc na drugą połowę, myślami byli już przy kolejnej rundzie. Lenczyk w przerwie dokonał trzech zmian. „Teraz każdy mówi, że to były fantastyczne decyzje. A tymczasem przez 15 minut w szatni nie padło ani jedno słowo na temat drugiej połowy. Gdy sędzia zagwizdał, że już czas wracać na boisko, trener szybko wymienił, jakich dokonuje zmian, i tyle”, wspomina Kazimierz Moskal. Na skutek decyzji szkoleniowca Ryszard Czerwiec, Olgierd Moskalewicz i Tomasz Kulawik trafili na ławkę, aby odpocząć przed zbliżającym się meczem ligowym z GKS-em Katowice.

Explore more:  Kibice Bayernu Monachium ostro skrytykowali władze klubu

– Nie wiem, co się będzie działo. Po prostu zagrajcie dla kibiców – rzucił Lenczyk do piłkarzy i usiadł na ławce rezerwowych z butelką wody mineralnej w dłoni.

„Wiedziałem, że nie ma co się popisywać umiejętnościami taktycznymi. Dokonując zmian, postawiłem na piłkarzy, którzy nie spodziewali się, że w tym spotkaniu w ogóle zagrają. Na boisko weszli Kelechi Iheanacho, Grzegorz Niciński i Łukasz Sosin. U nich w głowach mecz dopiero się zaczął, nie byli obciążeni wynikiem 1:5, dla nich było jakby 0:0. Z czystymi głowami zaczęli atakować rywala”, mówi Lenczyk. Było upalne popołudnie. Na trybunach pięć, może sześć tysięcy widzów. Ci, którzy siedzieli przed telewizorami, o ile jeszcze nie zmienili kanału, walczyli, by monotonny komentarz Andrzeja Szeląga i leniwy bieg meczu nie wpędziły ich w poobiednią drzemkę. Fakt, tempo boiskowych wydarzeń imponujące nie było, przynajmniej do czasu, niemniej sceny, które się rozegrały w drugiej połowie, okazały się iście dantejskie. Gdyby żył Wlastimil Hofman – malarz i wielki kibic Wisły, autor licznych portretów wiślaków – z pewnością miałby temat na kolejny obraz.

Zaraz po przerwie bramkarz gości Juanmi wrzucił sobie do bramki piłkę dośrodkowaną przez Kelechiego Iheanacho. Wiślacy poczuli krew i w ciągu dziesięciu minut strzelili dwa kolejne gole. Przełomowy był ten na 3:1 – potężne uderzenie Kazimierza Moskala przekonało gospodarzy, że możliwe tego dnia jest niemal wszystko. Wiślakom wciąż jednak brakowało jeszcze jednej bramki, by w dwumeczu doprowadzić do remisu. Minuty uciekały coraz szybciej – wreszcie nadeszła 88. Piłkę w pole karne wrzucił Kamil Kosowski. Futbolówka tańczyła jak szalona, dwukrotnie odbijała się od poprzeczki, wreszcie spadła pod nogi Frankowskiego. Snajperski zmysł podpowiedział mu, by podbiec w okolice prawego słupka. Był przekonany, że piłka prędzej czy później spadnie właśnie tam. Gdy tak się stało, błyskawicznie ustawił stopę w odpowiedni sposób. Sekundy niedowierzania. Czy rzeczywiście do tego doszło? Tak! Na stadionie zapanowało szaleństwo, piknik przemienił się w wybuch niekontrolowanej euforii, a kibice w kapciach z niedowierzaniem wracali przed telewizory.

Dla Marcina Baszczyńskiego był to najbardziej szalony mecz w życiu. To przecież on zaraz na początku praktycznie pogrzebał szanse na.

Awans – chciał zagrać piłkę do Artura Sarnata, a posłał ją do własnej bramki. To on, jako jedyny z wiślaków, nie wykorzystał rzutu karnego w konkursie jedenastek. Z drugiej strony, gdyby w trakcie dogrywki nie wybił piłki z linii bramkowej, do rzutów karnych nawet by nie doszło. „Saragossa? Paradoksalnie od tego momentu zaczął się mój dobry kontakt z kibicami Wisły”, wspomina.

Explore more:  Europoseł interweniuje w sprawie skandalu po meczu Legii. Mówi o dyskryminacji

W przerwie Lenczyk zapytał go:.

– A ty co? Gramy?

– Gramy, gramy – jęknął.

Nie można wykluczyć, że gdyby nie samobójcze trafienie Baszczyńskiego, tego awansu w ogóle by nie było. „Pamiętam radość Hiszpanów z tej bramki. Cieszyli się jak dzieci”, mówi Lenczyk. A bohater tego spotkania opowiada: „W przerwie rywale byli już pewni awansu. Mentalnie całkowicie siedli. Z doświadczenia wiem, że jeśli człowiek się wyłączy, potem nie jest w stanie już osiągnąć odpowiedniego poziomu koncentracji. Myśmy strzelali kolejne gole, a oni nie wierzyli w to, co widzą”. Tego wieczoru Baszczyński miał przeżyć jeszcze jeden koszmar. Krótki, ale intensywny.

Gdy przyszło do rzutów karnych, chętnych nie było zbyt wielu. Lenczyk wytypował strzelców, postawił między innymi na Iheanacho. Na to odezwał się Kosowski:.

– Trenerze, co pan odpierdala? Baszczu niech strzela. Musi się zrehabilitować.

– Baszczu, strzelasz?

– No, strzelam.

I strzelił. W prawy róg, niby precyzyjnie, ale za słabo. Juanmi złapał piłkę. „Kosa nie pierwszy i nie ostatni raz wsadził mnie na minę – śmieje się Baszczyński. Chciał zapaść się pod ziemię, ale w ostatniej serii zimną krew zachował Frankowski, a José Ignacio nie trafił między słupki. – „Już nigdy nie czułem takiej ulgi”.

Innym bohaterem tego spotkania był Sarnat, który obronił jeden rzut karny, chociaż w dogrywce doznał kontuzji. „Pewien gość wyciął.

Mi w bark. Coś naciągnąłem i miałem problem z lewą ręką. Mogłem obronić jeszcze jeden strzał, ale przyblokowało mi rękę i nie sięgnąłem piłki”, wspomina.

Lenczyk pękał z dumy.

– Dwa tygodnie temu wracałem z Hiszpanii jako baranek. Dziś to ja byłem rzeźnikiem – triumfował na konferencji prasowej.

W zgoła odmiennym nastroju był trener gości Juan Manuel Lillo. Już na lotnisku w Saragossie zaatakowali go wściekli kibice. Drużynie nie wiodło się także w lidze i wkrótce trener stracił pracę. Saragossa zdołała się utrzymać w Primera División, na pocieszenie zdobyła Puchar Króla, z ligi spadła w kolejnym sezonie. Co ciekawe, gdyby w 2003 roku wybory na prezesa Barcelony wygrał Luis Bassat, Lillo miał zostać trenerem drużyny z Camp Nou. Socios wybrali jednak Joana Laportę, a ten postawił na Franka Rijkaarda.

Książka “Wisła Kraków. Sen o Potędze” autorstwa dziennikarza “Przeglądu Sportowego” Mateusza Migi, jest w sprzedaży od 6. Maja we wszystkich dobrych księgarniach. “Przegląd Sportowy” objął książkę patronatem medialnym.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca.

Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Wiadomościach Google.

Źródło:PrzegladSportowy.Pl.

Data utworzenia:.

12 maja 2015, 17:15..

Bài viết được đề xuất