Justyna Kowalczyk: Spodziewam się igrzysk rekordów

Pamiętam, że chcąc oglądać pływanie i jeszcze kilka dyscyplin, wstawałam o trzeciej nad ranem. Jestem wielkim kibicem i w niczym mi to nie przeszkadzało. Spałam, kiedy się dało, ale było warto. Igrzyska są raz na cztery lata, nie można odpuścić – mówi Justyna Kowalczyk w wywiadzie dla “Przeglądu Sportowego”.

12 lipca 2012, 16:54..

| Aktualizacja 12 lipca 2012, 16:55.

Pani i Adam Małysz podczas igrzysk olimpijskich w Vancouver zostaliście multimedalistami. Wysoko zawiesiliście poprzeczkę polskim sportowcom, którzy wystartują w Londynie. Chyba trudno wskazać kogoś, kto jest w stanie zdobyć więcej niż jeden krążek?

Justyna Kowalczyk: Faktycznie, może to się okazać niemożliwe do osiągnięcia, lecz nie przekreślajmy niczyich szans. W mojej dyscyplinie każdy ma prawo wystartować kilka razy, a dodatkowo ja jestem wszechstronna. Nie mówmy jednak o multimedalistach, bo ważne, żeby wszyscy wystartowali tak, jak sobie wymarzyli i jak na to zapracowali. Po jednym medalu wystarczy.

Pani pewnie będzie oglądała wszystko, co zdoła.

Justyna Kowalczyk: Pewnie, że tak! Co prawda nie wiem, jakie będę miała możliwości, bo w trakcie rywalizacji w Londynie mam zaplanowane zgrupowanie w Nowej Zelandii. Powiem jednak, że spodziewam się igrzysk rekordów. Zwłaszcza w najchętniej przeze mnie oglądanej – poza wioślarstwem – lekkoatletyce. Tam posypią się najlepsze wyniki w historii i czekam na to z niecierpliwością.

Czy igrzyska w Pekinie też oglądała pani po nocach?

Justyna Kowalczyk: To prawda. Byłam wtedy w Otepaa, czyli tu, gdzie teraz przebywam na zgrupowaniu. Pamiętam, że chcąc oglądać pływanie i jeszcze kilka dyscyplin, wstawałam o trzeciej nad ranem. Jestem wielkim kibicem i w niczym mi to nie przeszkadzało. Spałam, kiedy się dało, ale było warto. Igrzyska są raz na cztery lata, nie można odpuścić. Jako dziecko, kiedy jeszcze nie sądziłam, że zostanę sportowcem, śledziłam transmisje w Telewizji Polskiej. Na Jedynce dawali wydarzenia na żywo, Dwójka pokazywała powtórki. Wszystko oglądałam i strasznie przeżywałam.

Fajnie być dzieckiem!

Justyna Kowalczyk: Oj, bardzo, zwłaszcza kiedy… Nie dopisywała pogoda. To ważne dla kogoś wychowywanego na wsi i pracującego na roli, bo lato to okres gorączkowych prac polowych. A kiedy padało, można było zostać w domu i siedzieć przed telewizorem.

Explore more:  Żużel: Wreszcie dobre informacje dla kibiców z Rzeszowa!

Które igrzyska wryły się pani w pamięć, jako pierwsze przeżyte w pełni świadomie?

Justyna Kowalczyk: Podczas igrzysk w Atlancie byłam już dużą dziewczyną i pamiętam wszystko. Kojarzę konkurs skoku wzwyż z udziałem Artura Partyki. Strasznie go przeżywałam, prawie płakałam, bo nie udało mu się wygrać. Nie byłam rozczarowana, ale wiedziałam, że mu smutno.

A teraz? Skupia się pani tylko na lekkoatletyce?

Justyna Kowalczyk: Bardzo chcę zobaczyć rywalizację wioślarzy i kajakarzy, bo to bliskie mi dyscypliny. I chyba w Nowej Zelandii telewizja to pokaże, bo ich osady należą do światowej czołówki. Do tego pływanie i lekka. Tę pokazują w każdej telewizji świata, więc jestem spokojna.

Siedziała pani kiedyś w profesjonalnym kajaku albo łódce wioślarskiej?

Justyna Kowalczyk: Owszem, w kanadyjce. Chyba sekundę. Od razu z niej wypadłam.

Dlaczego?

Justyna Kowalczyk: A próbował pan do niej wejść? Polecam. W łódce wioślarskiej też byłam. Powiem tak: to urządzenia wymagające bardzo dużego poczucia równowagi. Trudna sprawa.

Wioślarstwo to sport wytrzymałościowy, tak jak biegi narciarskie.

Justyna Kowalczyk: Właśnie. Czuję sentyment do wioseł. Jeszcze kilka lat temu jeździliśmy co roku na zgrupowania do Wałcza. Ćwiczyli tam wioślarze i kajakarze. Obserwowałam naszą czwórkę podwójną czy Roberta Sycza i Tomasza Kucharskiego. Wiele się od nich nauczyłam. Widziałam, jak pracowali, przekonałam się, ile muszą w to włożyć wysiłku. Darzę ich wielkim szacunkiem.

Z członkami naszej złotej wioślarskiej czwórki zna się pani bardzo dobrze.

Justyna Kowalczyk: Tak, ostatnio widzieliśmy się w Jakuszycach, przed Pucharem Świata w biegach narciarskich. Wypiliśmy wspólnie kawkę, było miło i sympatycznie. Mam też kontakt z Julką Michalską. Trzymam kciuki za dziewczyny!

Gdzie upatruje pani polskich szans na medale?

Justyna Kowalczyk: Mówię o wiosłach, nie tylko dlatego, że mam do nich sentyment. Nie zapominam o lekkoatletyce. Istnieje wiele możliwości. Polacy będą walczyli, gdzie się da. Jestem o tym przekonana.

Dobrze wiem, że ma pani bardzo dokładny przegląd sytuacji w polskim sporcie. Poproszę więc mniej ogólników, a więcej nazwisk!

Justyna Kowalczyk: (śmiech) W żadnym wypadku, żadnych nazwisk. Nic nie powiem…

Ma pani jakiegoś cichego faworyta?

Justyna Kowalczyk: Będzie trudno o niespodzianki. Sport przestaje być loteryjny. Myślę, że musimy liczyć przede wszystkim na najbardziej znanych zawodników. Niektórzy zdobędą medale, inni wrócą z pustymi rękami, ale stawiam właśnie na tych, na których liczymy już teraz.

Explore more:  Poprawił się stan Helmuta Recknagla

A weterani, jak Otylia Jędrzejczak? Też pani ściska kciuki? Pytam, bo wiem, że jej karierę i przygotowania też pani śledzi.

Justyna Kowalczyk: Ściskam, nawet bardzo mocno. Trzeba dużej odwagi, żeby po takim mistrzostwie, jakie prezentowała Otylia – a to był najwyższy światowy poziom – i latach posuchy z różnych powodów, wrócić i wykrzesać z siebie tyle, aby codziennie pracować. To wielka sprawa. Igrzyska trwają krótko, sam start zaledwie chwilę, ale dziewczyna przez ostatnie dwa lata zmusiła się do ogromnego wysiłku i za to należy jej się wielki szacunek. A jak się w Londynie wszystko poukłada? Zobaczymy. W wolę walki Otylii nie wątpi chyba nikt. Wynik w jej wypadku to dla mnie sprawa drugorzędna.

Komu jeszcze pani kibicuje?

Justyna Kowalczyk: Wszystkim. Tym biedakom, którzy się męczą w maratonie czy chodzie, i tym, których start trwa chwilkę, jak specjalistom od rzutów czy skoków. Mają imprezę czterolecia i każdy poświęcił wszystko, co mógł. Tym ludziom należy się dobra energia od kibiców.

Zdobędziemy więcej czy mniej medali niż w Pekinie i Atenach, gdzie Polacy wchodzili na podium po dziesięć razy? Tylko bez wykrętów. Pani wie, że media to „medalowe sępy”.

Justyna Kowalczyk: Wszystko tylko przeliczacie (śmiech)! Będzie dobrze, jeśli zostaniemy na tym samym poziomie.

Chorążym polskiej ekipy została Agnieszka Radwańska. Czy pani zdaniem to dobry wybór?

Justyna Kowalczyk: Jak najbardziej. Chorąży powinien być rozpoznawalną postacią. Agnieszka spełnia ten warunek. A jak wypadnie na igrzyskach? Na tenisie za bardzo się nie znam, ale tam chyba bardzo wiele zależy od drabinek.

Sportowcom, którzy wystartują w Londynie, będzie trochę łatwiej niż pani. Odpowiedzialność za wynik rozkłada się na wiele osób, a w Vancouver wszyscy oczekiwali sukcesów Justyny Kowalczyk i liczyli jej medale jeszcze przed rozpoczęciem imprezy.

Justyna Kowalczyk: W życiu nie byłam na letnich igrzyskach, więc powiem za siebie. Trudno być jedynym sportowcem, o którym się mówi, że ma zdobywać złote medale. Fajnie, że to już za mną i to kilka lat. A w Londynie presja faktycznie będzie rozłożona, ale sportowcy, którzy liczą na medale, mają w sobie coś takiego, że największą presję nakładają na siebie sami. Wiedzą, co zrobili i ile poświęcili. Zdają sobie też sprawę, że jeśli zawiodą, to przede wszystkim siebie. A to najbardziej boli. Wiem, że trudno poradzić sobie z presją wywieraną przez otoczenie, ale z tą wewnętrzną zdecydowanie najtrudniej.

Explore more:  Żużel: Falubaz Zielona Góra pozyska Craiga Cooka?

Jak pani dzisiaj wspomina igrzyska w Vancouver?

Justyna Kowalczyk: Bardzo mnie zmęczyły. W życiu jest jednak tak, że trudne momenty się zapomina. Różnie radziłam sobie z presją, ale generalnie jakoś się udało. Zyskałam doświadczenie i naukę, żeby na następnych igrzyskach więcej się uśmiechać, a mniej denerwować. Pamiętam za to te miłe chwile i często wracam do moich biegów. Poza tym, ludzie często mi tę Kanadę przypominają. To miłe, naprawdę miłe…

A nie chciałaby pani wystartować w letnich igrzyskach?

Justyna Kowalczyk: Z przyjemnością, ale tam brakuje śniegu.

Ja to widzę tak: pani na rowerze szosowym, na trasie piekielnie trudnej jazdy na czas. Jazda pod górę, mało zakrętów i innych trudności technicznych. Wtedy Justyna Kowalczyk może zasuwać!

Justyna Kowalczyk: Dziękuje, że pan jest w stanie sobie wyobrazić. Cóż, jakby to ująć… W mojej sytuacji, czyli osoby, która ma na koncie cztery medale olimpijskie, byłoby niezbyt sensownie wybrać się na igrzyska tylko po to, by wziąć w nich udział. Codziennie walczę na treningach sama z sobą i nie muszę tego robić przed milionami ludzi. Zdecydowałabym się, gdybym mogła walczyć o zwycięstwo. Nie sądzę, że da się szybko przygotować się do jakiejkolwiek letniej dyscypliny na tyle, żeby myśleć o medalu. Sport jest dzisiaj tak wyspecjalizowany, że musiałabym oddać kolejnych dziesięć lat życia, aby wypracować odpowiedni poziom.

Pani często docenia rangę Pucharu Świata i mistrzostw świata, ale to igrzyska są oknem wystawowym na świat.

Justyna Kowalczyk: W mojej dyscyplinie co tydzień startuje się z tymi samymi ludźmi i co tydzień mam rywalizację na poziomie mistrzostw świata. Każde zawody są więc bardzo ważne. Zgadzam się jednak co do magii igrzysk. Czuje się, że to coś wyjątkowego. Słyszałam, że taką chwilą jest już moment otrzymania nominacji od PKOl. Ja tego nie przeżyłam, bo z różnych przyczyn odebrałam ją już w wiosce olimpijskiej. Napięcie jednak rośnie już podczas podróży na igrzyska. Tak, wiele tytułów w życiu zdobyłam, ale złoto olimpijskie to coś wyjątkowego, bez porównania z niczym innym.

≫> Święta wojna na początek igrzysk.

≫> Polską kadrą dowodzi Admirał.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca.

Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Wiadomościach Google.

Źródło:PrzegladSportowy.Pl.

Data utworzenia:.

12 lipca 2012, 16:54..

Bài viết được đề xuất